wtorek, 13 marca 2012

Viaje al norte 2012!




Dnia 16 lutego wymieńcy z Olavarrii, włącznie ze mną wyruszyli autobusem z miasta, w kierunku Buenos Aires, by spotkać się z pozostałymi czterdziesto kilkorami wymieńców i udać się w podróż swojego życia, celem którego było poznanie północnej Argentyny, i occzywiście swietnie się bawić.
Spędziliśmy kilka długich godzin na terminale w Buenos, podczas których, o dziwo nic nikomu nie ukradiono.
Po parodziesięciu godzinach w wynajętym autobusie dotarliśmy do miejsca które już odwiedziłam i opisałam na blogu: El palmar. Tym razem jednak byłam z 53 innymi wymieńcami i mieliśmy spędzić tam dwa dni na 'integracji i poznawaniu grupy' do czego miały służyć duże (ale ładne!) pokoje 8-osobowe i zajęcia grupowe organizowane przez Jorje (Rotary Olavarria) Natalię (rotary jakieś inne miasto), Chechu (Organizatora wyjazdu z biura turystycznego) i Chocho, pracownik ośrodka La Aurora i przewodnik po El palmar. 
Nie mogliśmy też sami sobie dobrać naszych współlokatorów- co normalnie by mi się nie podobało, ale tym razem przyznam dorosłym rację. Przez to, ze sami nas rozdzielili, byliśmy zmuszeni rozmawiać i spędzać czas z nowymi ludźmi i bardzo ułatwiło to integrację. Mam też wrażenie, że przy rozdzielaniu nas szczególną uwagę przywiązywano do tego by nikt w pokoju nie mówił po tym samym języku (mam na myśli niemiecki, francuski, duński- bo wymieńców z tych krajów było najwięcej) Myśle, że dobrze zrobili, w ten sposób unikniono sytuacji w której dwie osoby w pokoju mówią po np. niemiecku a trzecia nie rozumie. Jak się przekonałam, ludzie mają skłonność by tak robić a to bywa frustrujące. Pozoatały więc dwa języki uniwersalne: Hiszpański i angielski, (co się z kolei Jorge nie podobało). Dano nam coś koło godziny by się rozpakować i zorganizować. Jako że właściwie od godziny pierwszej poprzedniego dnia w Olavarrii non stop byliśmy w autokarze a na dworze było tysiąc stopni, skorzystałam ten czas na prysznic. A tak, tylkotu nastąpiła mała komplikacja: Prysznic był już zajęty przez wielką, tłustą ropuchę. Zrobiłyśmy naradę przed pokojem i po tym jak dziewczyny zrobiły mnóstwo hałasu, Carlie z Ameryki zgodziła się przeprowadzić akcję ewakuacyjną, bo nie było żadnego chłopaka w pobliżu, którego można było by o to poprosić. Swoją drogą tych ropuch było tam od groma. 



Potem nastąpił obiad, który wszyscy zjedli ze smakiem, bo było dobre a poza tym śniadanie w trasie polegało na trzech krakersach o smaku i konsystencji kartonu, trochę wodnistego dżemu i mikroskopijnego ciasteczka.
Wspomniałam już wcześniej coś o El palmar, ale o ile pamiętam tego dnia marnie się czułam i zwiedzanie tego ślicznego parku narodowego nie było wtedy na liście moich priorytetów. Cieszyłam się więc , że znowu się tam znalazłam i mogłam go poznać troche lepiej. Po podzieleniu nas na cztery grupy  dwie z nich ( w tym naszą) zabrano jeepem z przyczepą na jazdę po rezerwacie i póżniej na kajaki. Przy okazji po drodze znaleźliśmy żółwia. Kocham kajaki, ale nienawidzę komarów, które niestety w Argentynie pojawiają się zawsze w pobliżu wody + zawsze w olbrzymich ilościach. Ponieważ byłam jedyną osobą z wystarczającą ilością rozumu w Glowie by zabrać ze sobą Off, po chwili właściwie nic z niego nie zostało, niestety nie miałam na tyle rozumu by zabrać go ze sobą na kajak.  W połowie drogi zatrzymaliśmy się na małej plaży na krótką kąpiel w rzece i zaczęliśmy wracać. Tu dopiero zaczęła się zabawa…  Kupiłam Off tropikalny, więc w przeciwieństwie do tego normalnego działał, jednak nikt nie przewidział, że po kąpieli przestanie działać, powrót więc wyglądał trochę jak scena z któregoś z tych tanich kiepskich horrorów, które tak lubi oglądać mój braciszek; wszyscy byli atakowani i gryzieni przez hordy zmutowanych i superodpornych komarów, na przemian próbując klepać rękoma gdzie popadnie, byleby je odstraszyć i wiosłować do brzegu. Coś niesamowitego, nigdy nie byłam tak pogryziona przez komary. Po powrocie wszyscy wyglądaliśmy jak byśmy mieli ciężkie przypadki ospy wietrznej.
Poharatanych, pdrapanych i swędzących zabrali nas do minimuzeu, gdzie opowiedziono nam trochę o historii parku, faunie i florze oraz pokazano nam palmy itd. Ciekawostka: Palmy w tym parku mają koło 400-500 lat, ale tam gdzie istnieją stare palmy w ogóle nie rosną nowe, nie ma małych palemek, są tylko te stare.












  Uff, i to dopiero pierwszy dzień...





Następnego (drugiego) dnia większość poranka po śniadaniu spędziliśmy nad basenem, grając w karty, rum inkuba, którego ze sobą zabrałam, jedząc lody oraz smarując się kremem na komary. Zorganizowano nam jakieś gry grupowe, dano nam jeść i więcej gier terenowych. Musieliśmy np., przejść wyznaczony szlak, bez dotykania linek, które zostały tam rozciągnięte, zrobić totemy, opowiadać historie, zbudować most i takie tam. J
Z zapaleniem jeżdżę konno, specjalnie w Argentynie więc zaraz wyłapałam okazję by pojechać w teren pośród palm i przekonałam Jorge by mi pozwolił zabrać się wraz z paroma osobami z zewnątrz na rajd, i jedną koleżankę by pojechała ze mną. Nie mam zdjęc, ale było cudnie, kocham jeździć  konno a w Arg. Można do tego jeszcze dodać spektakularne widoki :D Jeden tylko minus, że trzeba się liczyć z wysokimi temperaturami i, jeśli jest się wymieńcem- kondycją nie taką co kiedyś…
Wieczorem było ognisko pożegnalne z legędami o matce-ziemi w którą Argentyńczycy bardzo wierzą, specjalnie jeśli żyją na północy, tańcami, przedstawieniami, wygłupami i śmiechem.










Spakowaliśmy walizki i następnego popołudnia wyjechaliśmy ku prowincji Misiones, Puerto Iguazu- do wodospadów.


Dotarliśmy rano, jak zwykle zmęczeni i pogniecieni po nocy w autokarze, ale za to w zupełnie innej bardziej interesującej scenarii. Oto właśnie jak sobie wyobrażałam północ; duże rzeki, dżungla, upał, interesujące zwierzęta itd. I tak właśnie jest w Iguazu. Pozwolili nam wysiąść by zrobiś troche zdjęć rzece Parana, która właśnie tworzy wodospady, które cały świat przyjeżdża zobaczyć. Potem hotel, basen, szukanie restauracji otwarte w godzinach sjesty i lody, w takiej właśnie kolejności.  Lodziarnie w Argentynie są niesamowite, każda szanująca się lodziarnia musi mieć przynajmniej 5 wariacji smaku czekoladowego i 5 rożnych smaków dulce du leche. Niebo w gębie, nie można się oprzeć (nie żebym próbowała). Basen basen basen basen prysznic, wycieczka. 









Uuuuh, po nocy spędzonej w autokarze w upale 45C ludzie nie specialnie nadają się do fotografowania, co 

 Wycieczka do małego rezerwatu La Aripuca, by zobaczyć super wielkie i stare drzewa, oraz równie wielkie konstrukcje zrobione z starych i przewalonych drzew. Rozmiary tych kolosów były naprawdę imponujące, ale trochę upał dawał nam się we znaki więc… lody lody lody, pamiątki. Wszyscy też nie mogliśmy się doczekać następnego dnia, gdy pójdziemy zobaczyć siódmy cud świata: wodospady. Już nas ostrzeżono, że spędzimy tam siedem godzin, przejdziemy osiem kilometrów, będzie 47 stopni C i by nie zakładać nic ciemnego, bo można dostać udaru. Oraz by zabrać przynajmniej litr wody. 

Super duper duże drzewa.
















Wodospady w Iguazu, bez problemu najbardziej impresjonująca część wycieczki i gwóźdź programu. A także jeden z upalniej szych i męczących dni. Trudno mi to opisać, cały dzień spędziliśmy na chodzeniu po Parku narodowym Iguazy i zachwycaniu się nad piękne tego miejsca. Pierwsze wrażenie: Dużo dużo ludzi.  Absolutnie tłumy, i trudno się dziwić. Wbrew pozorom tyle ludzi nie przeszkada, bo to nie jest jeden wodospad, tylko parędziesiąt kilometrów oznakowanego szlaku, więc ludzi jest dużo w punktach turystycznych (aka, restauracjach) i przy głównych wodospadach.
Tuż po wejściu do lasu, znaczy dżungli, naszą uwagę przyciągnęły dziwne zwierządka, troche większe od kota, lecz niższe o krótkich łapach długim nosie i puchatym ogonie. Bardzo osobliwe, bo przypominały mieszankę borsuka z oposem i małpą, ale dość przyjazne i nie bojące się turystów, było ich całe gromy, także szczeniaków.
-----Godziny zwiedzania wodospadów-------






Uwieżcie mi na słowo, zdjęcia nie oddają tego co oczy widzą, a i tak są impresonujące.
Byliśmy też na łodzi, na dole tuż pod samymi wodospadami, niesłychana zabawa-wszyscy wróciliśmy przemoczeni do suchej nitki, ale tego właśie pragnęliśmy najbardziej w tym upale.  Poza tym wszystko oprócz butów sushy się w mig, w tym słońcu.

















Emm, nie wiem jak to przekręcić, dziwnie się wkleiło 





Potem jedzenie, empanady oczywiście. I wyruszyliśmy do gwoździa z gwoździa programu: Garganta del diablo- gardziel diabła. Szeregu największych wodospadów, gdzie zawsze jest naprawdę dużo ludzi. Do tego punktu prowadzi kilkaset metrów pomostu nad szerokimi rzekami, a sam punkt widokowy ustawiony jest tak bardzo na krawędzi, że ma się uczucie bycia otoczonym 360 stopni przez potężnie spadające wody. NIESAMOWITE.

 Tutaj zaczynają się zdjęcia z 'la garganta del diablo' największego i najpiękniejszego wodospadu (wodospadów)










I to dopiero 4 dni!



-----------------------Uwaga uwaga---------------------
Jakby ktoś chciał zobaczyć więcej zdjęć z wodospadów, to zapraszam na mój kanał na Flickr oto link:
http://www.flickr.com/photos/w-argentynie 

środa, 15 lutego 2012

Nowy rok, Colon

Kolejna zmiana planów: Entre Rios cz. 1 będzie zawierać Nowy rok i to wszystko. Miałam ambitny plan opisania więcej, ale same opisanie sylwestra zajęło mi ponad godzinę.  (Jeżeli robie całe masę błędów ortograficznych, to przepraszam, ale staram się zrobić sto różnych rzeczy naraz i to wszystko w przeciągu pół godziny). Czy jestem zdesperowana i zdenerwowana ? Troszeczkę.
Po Bożym narodzeniu planowałam nowy rok spędzić z koleżankami: wyjść po raz pierwszy (w życiu(!)) do klubu/na dyskotekę. Umówiłam się z dziewczynami i wszystko było już gotowe i w ogóle, gdy nagle trach! Wszystkie te plany posypały się z hukiem. Problem:  jak zwykle wiza. Koniec przydatności mojej turystycznej wizy przypadał na 1 stycznia, a to znaczy że do tego czasu muszę dotrzeć do granicy, przekroczyć ją, trochę posiedzieć w innym kraju, wrócić i zdobyć nowy stempelek który upoważni mnie do spędzenia kolejnych  3 miesięcy w miarę legalnie w kraju.
Rozwiązanie: spędzić kolejne kilkanaście godzin w samochodzie, wracając  do Entre rios i pojechać do Urugwaju. A wszystko to parę godzin przed sylwestrem.
Powiem szczerze, nie byłam zadowolona. Musiałam odwołać plany, spędzić cały dzień szukając paszportu, (który w niewyjaśnionych okolicznościach został wessany w otchłań mieszkania niezindentifikowanego członka Rotary) i wrócić do Entre Rios, które, jak myślałam, niczym nowym mnie nie zdziwi.
Ale byłam w błędzie.
Podróż była nudna, więc o niej nie piszę
Dojechaliśmy,, ku mojemu zaskoczeniu nie do Concepcion, tylko do Colon, miasta turystycznego blisko granicy z Urugwajem (opisywałam go kiedyś). Fajnie że ktoś mi powiedział, ale wynajęliśmy mieszkanko na 2-3 dni, całkiem ładne, i uwaga uwaga z KLIMATYZACJĄ! Ha ha, nareszcie trochę odpoczynku od upału. Był wieczór, więc nic nie zrobiliśmy, ale następnego poranka pojechałam z Mirtą (host mama) by wyrobić to wizę. Wyglądało to tak: wsiadłyśmy do autobusu, przejechałyśmy most, na granicy kontroler zabrał paszport, oddał ze stempelkiem i wpuścił do Urugwaju. Następnie poszłyśmy do kawiarni, posiedziałyśmy tam może z półtorej godzinki i wróciłyśmy z kolejnym stempelkiem do kraju. I tak spędziłam dwie godziny w Urugwaju (które swoją drogą niczym poza walutą nie różni się od entre rios)
Nowy rok spędziłam z Mirtą, Jorje, Milagros i jeszcze je przyjaciółką z Olavarrii która przyjechała z nami.  O Północy wyszłyśmy na dwór, było kilka fajerwerk a potem wróciłyśmy życzyć Mircie wszystkiego najlepszego, bo obchodziła urodziny. O godzinie drugiej, pojechałyśmy szukać jakiegoś klubu, gdzie można by pójść świętować. Nie jestem szczególnie imprezową osobą, więc miałam skrytą nadzieje, że nic nie znajdziemy. Ale w końcu trafiliśmy na klub gdzieś poza miastem i tam poszłyśmy.

Jak tylko rodzice poszli, okazało się, że moja siostra Mili, w czasie gdy ja wyrabiałam wizę była na plaży z Danielą (to ta koleżanka) i usłyszały  ogłoszenie o promocji tago klubu na nowy rok. Chwile pogadała z kimś tam i już dobyła bezpłatne wejście bez kolejki.  W sumie Mio moich uprzedzeń, całkiem miło spędziłyśmy czas, samo miejsce było bardzo ładne, duży otwarty teren poza miastem i czterema budynkami, dwoma zadaszonymi  scenami i ogrodami. Jak ogłosili przez magnetofon-okazało się, że było ponad 7 tyś. osób. Również ku mojemu zaskoczeniu, czas minął zaskakująco szybko i wcale się nie zabiłam na butach pożyczonych od Danieli. Wróciłyśmy jakoś o ósmej rano i miałam nadzieje na chwilkę snu, ale nie, w ciągu następnej godziny byliśmy spakowani i w drodze do Concepcion.  Tak się zaczeła moja przygoda w Entre rios 2.


Rzeka dzieląca Argentyne i Urugwaj. Nie zmieściła mi się w kadrze.

Paisandu, najbliższe miasto przy granicy. Wygląda tak samo jak wszystkie pozostałe miasteczka zarówno w Arg. jak i w Urug.



...Iiiiiiii, wracamy


Nowy rok, huraaa! Ale o jednak nie to samo co pokaz ogni w Warszawie


Świeczka urodzinowa Mirty

Taki sobie krajobrazik


Jak wrócę dostaniecie resztę obiecuję! obiecuję!obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję!obiecuję!obiecuję!obiecuję!obiecuję!obiecuję!obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję!obiecuję!obiecuję!obiecuję!obiecuję!obiecuję!


czwartek, 9 lutego 2012

Boże narodzenie

Boże narodzenie trochę mnie niepokoiło, to przecież takie rodzinne święto i nie wiedziałam czy przypadkiem nie zacznę tęsknić za wszystkimi pozastawianymi  daleko w Polsce krewnymi  przyjaciółmi. Jak dotychczas dobrze mi szło, nie miałam żadnych nagłych lub przewlekłych napadów tęsknoty- szczerze mówiąc za bardzo byłam zajęta by mieć czas na takie luksusy jak nostalgiczne wspominanie życia przed wymianą. Miałam nadzieję, że po powrocie z Necochei będzie podobnie i że w szale przedgwiazdkowych przygotowań nie będę zbytnio myśleć o tym co robi moja rodzina w Warszawie.
Tymczasem, po powrocie z Entre Rios i Necochei dom wyglądał.... nie tyle marnie, co zwyczajnie. Nic. Żadnych ozdób świątecznych, żadnej CHOINKI, nie nic takiego. Co prawda nie rosną tu żadne naturalne drzewa iglaste zdolne udawać choinki, ale sztuczne plastikowe drzewka pojawiły się już jeden dzień po Halloween, zasypując ulice atmosferą, którą ja, w połączeniu z wszechobecnym upałem w żaden sposób nie mogłam odebrać jako świąteczną.
Przywykłam również by dekorować swój dom prze świętami. No a choinka to przecież podstawa. W zeszłym roku spędziłam blisko dwa miesiące przygotowując, wycinając, rysując odmierzając, szkicując i doklejając kawałki papieru. W efekcie, kiedy rozwiesiłam z braciszkiem to co zrobiłam, w efekcie partr domu zmienił się w wioskę świętego mikołaja z filmu 'The nightmare before Christmas'. Były domki, sarny, pingwiny, pierniczki, latarnie, lampki i wielki napis 'Christmas town' :D

A tymczasem tutaj nic. Nie było nawet choinki. Prawie się nie rozpłakałam jak wróciłam, chociaż to akurat nie miało nic związanego z brakiem świątecznych ozdób. Po prostu okazało się, że podczas mojej nieobecności zostawiłam trochę jedzenia- trochę ciasteczek w głównej szufladzie. Więc jak wróciłam zastał mnie niemiły widok tysięcy mrówek zasypujących (niegdyś białą) podłogę mojego pokoju. Ale naprawdę, było CZARNO od mrówek. Ktoś posprejował środek owadobójczy więc zdechłe. Paczka z Polski właśnie dotarła do domu, ale musiałam spędzić pierwsze trzy godziny sprzątając centymetr po centymetrze pokój: wszystkie dywany, szuflady, pościele, zasłony, ściany itd. Naprawdę, w życiu nie robiłam takich porządków
Byłam tak zdemotywowana brakiem choinki, że sama sobie narysowałam choinkę-od-siedmiu-boleści i powiesiłam w świeżo odmorówczonym pokoju, wraz z trzema prezentami które dostałam z Polski

W sumie najgorzej było dzień przed wigilią, kiedy to rozmawiałam z rodziną i znajomymi na skypie i słuchałam ich sprawozdań z wigilijnych przygotowań i zakupów i z kolei ja im opowiadałam o ich kompletnym braku. Właściwie to spędziłam większość dnia sama w domu, bo siostry gdzieś sobie poszły, a Roberto również ani śladu. Stwierdziłam więc, że to że oni najwyraźniej postanowili olać zarówno mnie jak i święta, nie znaczy że muszę zrobić to samo. Poszłam z koleżankami na świąteczne zakupy. Wieczorem zrobiłyśmy pierniczki a następnego ranka, w wigilie je udekorowałyśmy 
Dekorowanie prezentów i pierniczków to jedne z moich ulubionych świątecznych zajęć :)
Następnego dnia (wigilia) moje samopoczucie było już nieco lepsze, zdołałam przekonać siebie, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, bo spędzam święta w upale, ze znajomymi jedząc świeżo zebrane figi w ogrodzie koleżanki. Poza tym rozpakowałam prezenty z Polski (Bardzo dziękuję!!!) i dostałam świetną książkę o jeździe konnej w tradycyjnym stylu Gaucho :D Od host mamy dostałam śliczne białe rolki figurowe :)  Jakby tego było mało spędzałam święta otoczona kociakami i szczeniaczkami: Koleżanki (Zaai) kotka się ostatnio okociła więc gdy poszłyśmy dekorować pierniczki miałam dodatkową atrakcję tygodniowego kociaka o imieniu Rudolfo. Z kolei labradorka siostry Pili, również się oszczeniła, wydając na świat 10 najcudowniejszych i najsłodszych szczeniaczków jakie w życiu widziałam (poza moim Frodem oczywiście ;) )


Tygodniowy kociak...

...i dziesięcio-dniowe szczeniaki




Moje nowe rolki :D


Powinnam napisać coś nowego w miarę szybko, bo brakuje: sylwester i entre rios wielki powrót część 1 oraz entre rios wielki powrót część 2. Oraz tornado, które ma chyba już jakieś 3 miesiące opóźnienia. Wszystko to powinnam zdobić do 15 lutego, bo jak nie to chyba już nigdy nie dogonię własnego życia. 15 wyruszam z rotary na POŁNOC!!! na prawie trzy tygodnie :D Będzie co opisywać.




To ja po krótkich przemyśleniach stwierdziłam, że dopiszę tę część o tym nieszczęsnym tornadzie tutaj, poniżej:

No wię tak, straaaaaasznie dawno temu, jak jeszcze miałam szkołę- a właściwie to było dzień po powrocie z Rio Negro więc nie byłam w szkolę- siedziałam sobie sama w domu, gdy dosłownie pogoda zmieniła się w przeciągu pół minuty, było ładne błękitne niebo a tu trach, i leje jak z cebra, przez okno właściwie nic nie widać-tylko latające krzesła ogrodowe. Po 10 minutach rozłączyło prąd i ciepłą wodę. A po 15 minutach zorientowałam się, że zostawiłam okno otwarte na oścież. Pobiegłam je zamknąć. Nie miałam pojęcia, że to tornado i była samiutka w domu bez prądu, więc śmiesznie ogólnie.
Dodatkowy bonus: z powodu bałaganu związanym z tornadem następnego dnia nie ma szkoły. powinnam wspomnieć, że wcześniej miałam przedłużony dłuższy weekend prze Rio negro, we wtorek po powrocie  byłam 'zmęczona podróżą' w środę nie ma szkoły, bo tornado, a w piątek zakończenie roku szkolnego. :D 
Latające krzesło

dzień później jako że nie było szkoły przeszłam się po parku zobaczyć szkody. Znowu pojawiło się słońce


sobota, 21 stycznia 2012

Necochea!

To dzisiaj, zgodnie z planem przyszło mi opowiedzieć trochę o morzu :)
Nie zapowiadałam tego, bo sama nie wiedziałam, że jedziemy nad morze. Jakoś nikt nie czuł potrzeby powiadomienia mnie, dowiedziałam się dzień wcześniej. Ogólnie, to cały czas zadaje im te same pytania:
Co się dzieje? Co się stało? Co będziemy robić? Gdzie idziemy? Idziemy teraz? Kiedy? Już?
No ale trudno, bywa.

















Mieszkalismy (Jorje, H-mama, Milagros i ja) w apartamencie jakiegos krewnego, niecale dwie ulice od morza i jakoze Mili zapowiedziala, ze chce sie opalic jak najbardziej jak sie da, to poranki (tzn. od jedenastej do drugiej) spedzalysmy na plazy, jeszcze pustej, bo poza sezonem. W porownaniu z rzeka w Entre Rios, woda byla lodowata, a plaza bez szansy na jakiekolwiek zrodlo cienia. O sloncu, to chyba nie musze wyjasniac ze bylo niesamowicie prazace.  Nie jestam zbytnia wielbicielka opalania, wiec wiekszosc czasu na plazy spedzalam czytajac ksiazke. Jedyna ksiazke po angielsku, jaka udalo mi sie znalesc w Necochei. Nie zebym narzekala, widoki byly naprawde piekne.


Dwa razy z siostra poszlysmy do kina wieczorem, jak juz nam sie znudzilo chodzenie po centrum (bo znowu nie jest to centrum takie wielkie), na año nuevo i amanecer, jakby to kogos obchodzilo, a i jeszcze jedna rzecz, za ktora kocham argentyne, maja slodki popcorn- tak jak w Angli, a ktory ja osobiscie uwielbiam. To byl moj drugi raz na 'Zmierzchu', i znowu, nie jestem taka wielka fanka, ale nie narzekam, bo tym razem bylo po angielsku z napisami nie z dubbingiem, wiec sobie pouzupelnialam niezrozumiale elementy :) W calym miescie bylo czuc nadchodzace swieta, chociaz inaczej niz w Polsce. Zamiast sniegu byl upal, zamiast choinek, udekorowane palmy, zamiast koled 'Los Wachiturros'* Dosc duza roznica. Ja od pazdziernika (bo wtedy tez pojawily sie dekoracje swiateczne) prychalam i zasmiewalam sie jak tylko przechodzilam kolo dekoracji swiatecznych, bo wydawalo mi sie to wszystko takie surrealistyczne i nieswiateczne: plastikowe choiknki i cala ta atmosfera wakacji.
 *Zrobie kiedys post o muzyce, bo to dosc ciekawy temat

Palma ze swiatecznymi lampkami

No, ale wracajac do Necochei, jednego upalnego dnia pojechalismy do mini-zoo, nie wiem dlaczego, ale pojechalismy. Dla mnie najwieksza atrakcja okazala sie byc duza plastikowa nadmuchywana kula plywajaca sobie na wodzie. Oczywiscie nie moglam sie powstrzymac i zaraz zaciagnelam siostre, bysmy sprobowaly (zreszta nie bylo to wcale takie drogie). Wcael tez nie jest to takie latwe jak sie wydaje, nie dosc, ze nie ma czego sie przytrzymac, to czlowiek strasznie sie szybko meczy, i po 10 minutach zaczyna brakowac w kuli tlenu. W kazdym badz razie troche zabawy bylo :D











Oprocz tego innego popoludnia pojechalismy na port szukac sloni morskich, znalezlismy je po jakims czasie, ale zaczelo padac. Ja wytrwale robilam zdjecia, w efekcie calkowicie przemoklam. Ale zdjecie jest :)




Ostatniego wieczoru poszlismy na spacer do miejsca, ktore do zludzenia przypominalo mi ... mazury. Nie bylo moze jezior, ale podobne drewniane domki, spokojny las i atmosfera. Podczas spaceru natknelismy sie na grupke Gauchow (Pamietacie?, argentynscy cowboye) i namowilismy ich by zoorganizowali dla nas cabalgate (wyjazd w teren na koniu). Bylo bardzo malowniczo, bo akurat zmierzchalo i pojechalismy na plaze, na teren. Szkoda tylko, ze sie okazalo ze moja siostra, wbrew temu co mowila, wcale nie umiala jezdzic konno. Co wiecej bala sie koni.


Mazury w argentynie


Poniewaz nie chce konczyc na notce, ze moja siostra nie umie konno jezdzic, a jednak chce juz skoncyc (ide z dziewczynami do centrun) powiem, ze postaram sie napisac cos nowego w miare szybko, teraz jak juz mam internet. Starac sie  zawsze mozna. A tymczasem ide korzystac z zycia :D