środa, 15 lutego 2012

Nowy rok, Colon

Kolejna zmiana planów: Entre Rios cz. 1 będzie zawierać Nowy rok i to wszystko. Miałam ambitny plan opisania więcej, ale same opisanie sylwestra zajęło mi ponad godzinę.  (Jeżeli robie całe masę błędów ortograficznych, to przepraszam, ale staram się zrobić sto różnych rzeczy naraz i to wszystko w przeciągu pół godziny). Czy jestem zdesperowana i zdenerwowana ? Troszeczkę.
Po Bożym narodzeniu planowałam nowy rok spędzić z koleżankami: wyjść po raz pierwszy (w życiu(!)) do klubu/na dyskotekę. Umówiłam się z dziewczynami i wszystko było już gotowe i w ogóle, gdy nagle trach! Wszystkie te plany posypały się z hukiem. Problem:  jak zwykle wiza. Koniec przydatności mojej turystycznej wizy przypadał na 1 stycznia, a to znaczy że do tego czasu muszę dotrzeć do granicy, przekroczyć ją, trochę posiedzieć w innym kraju, wrócić i zdobyć nowy stempelek który upoważni mnie do spędzenia kolejnych  3 miesięcy w miarę legalnie w kraju.
Rozwiązanie: spędzić kolejne kilkanaście godzin w samochodzie, wracając  do Entre rios i pojechać do Urugwaju. A wszystko to parę godzin przed sylwestrem.
Powiem szczerze, nie byłam zadowolona. Musiałam odwołać plany, spędzić cały dzień szukając paszportu, (który w niewyjaśnionych okolicznościach został wessany w otchłań mieszkania niezindentifikowanego członka Rotary) i wrócić do Entre Rios, które, jak myślałam, niczym nowym mnie nie zdziwi.
Ale byłam w błędzie.
Podróż była nudna, więc o niej nie piszę
Dojechaliśmy,, ku mojemu zaskoczeniu nie do Concepcion, tylko do Colon, miasta turystycznego blisko granicy z Urugwajem (opisywałam go kiedyś). Fajnie że ktoś mi powiedział, ale wynajęliśmy mieszkanko na 2-3 dni, całkiem ładne, i uwaga uwaga z KLIMATYZACJĄ! Ha ha, nareszcie trochę odpoczynku od upału. Był wieczór, więc nic nie zrobiliśmy, ale następnego poranka pojechałam z Mirtą (host mama) by wyrobić to wizę. Wyglądało to tak: wsiadłyśmy do autobusu, przejechałyśmy most, na granicy kontroler zabrał paszport, oddał ze stempelkiem i wpuścił do Urugwaju. Następnie poszłyśmy do kawiarni, posiedziałyśmy tam może z półtorej godzinki i wróciłyśmy z kolejnym stempelkiem do kraju. I tak spędziłam dwie godziny w Urugwaju (które swoją drogą niczym poza walutą nie różni się od entre rios)
Nowy rok spędziłam z Mirtą, Jorje, Milagros i jeszcze je przyjaciółką z Olavarrii która przyjechała z nami.  O Północy wyszłyśmy na dwór, było kilka fajerwerk a potem wróciłyśmy życzyć Mircie wszystkiego najlepszego, bo obchodziła urodziny. O godzinie drugiej, pojechałyśmy szukać jakiegoś klubu, gdzie można by pójść świętować. Nie jestem szczególnie imprezową osobą, więc miałam skrytą nadzieje, że nic nie znajdziemy. Ale w końcu trafiliśmy na klub gdzieś poza miastem i tam poszłyśmy.

Jak tylko rodzice poszli, okazało się, że moja siostra Mili, w czasie gdy ja wyrabiałam wizę była na plaży z Danielą (to ta koleżanka) i usłyszały  ogłoszenie o promocji tago klubu na nowy rok. Chwile pogadała z kimś tam i już dobyła bezpłatne wejście bez kolejki.  W sumie Mio moich uprzedzeń, całkiem miło spędziłyśmy czas, samo miejsce było bardzo ładne, duży otwarty teren poza miastem i czterema budynkami, dwoma zadaszonymi  scenami i ogrodami. Jak ogłosili przez magnetofon-okazało się, że było ponad 7 tyś. osób. Również ku mojemu zaskoczeniu, czas minął zaskakująco szybko i wcale się nie zabiłam na butach pożyczonych od Danieli. Wróciłyśmy jakoś o ósmej rano i miałam nadzieje na chwilkę snu, ale nie, w ciągu następnej godziny byliśmy spakowani i w drodze do Concepcion.  Tak się zaczeła moja przygoda w Entre rios 2.


Rzeka dzieląca Argentyne i Urugwaj. Nie zmieściła mi się w kadrze.

Paisandu, najbliższe miasto przy granicy. Wygląda tak samo jak wszystkie pozostałe miasteczka zarówno w Arg. jak i w Urug.



...Iiiiiiii, wracamy


Nowy rok, huraaa! Ale o jednak nie to samo co pokaz ogni w Warszawie


Świeczka urodzinowa Mirty

Taki sobie krajobrazik


Jak wrócę dostaniecie resztę obiecuję! obiecuję!obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję!obiecuję!obiecuję!obiecuję!obiecuję!obiecuję!obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję! obiecuję!obiecuję!obiecuję!obiecuję!obiecuję!obiecuję!


czwartek, 9 lutego 2012

Boże narodzenie

Boże narodzenie trochę mnie niepokoiło, to przecież takie rodzinne święto i nie wiedziałam czy przypadkiem nie zacznę tęsknić za wszystkimi pozastawianymi  daleko w Polsce krewnymi  przyjaciółmi. Jak dotychczas dobrze mi szło, nie miałam żadnych nagłych lub przewlekłych napadów tęsknoty- szczerze mówiąc za bardzo byłam zajęta by mieć czas na takie luksusy jak nostalgiczne wspominanie życia przed wymianą. Miałam nadzieję, że po powrocie z Necochei będzie podobnie i że w szale przedgwiazdkowych przygotowań nie będę zbytnio myśleć o tym co robi moja rodzina w Warszawie.
Tymczasem, po powrocie z Entre Rios i Necochei dom wyglądał.... nie tyle marnie, co zwyczajnie. Nic. Żadnych ozdób świątecznych, żadnej CHOINKI, nie nic takiego. Co prawda nie rosną tu żadne naturalne drzewa iglaste zdolne udawać choinki, ale sztuczne plastikowe drzewka pojawiły się już jeden dzień po Halloween, zasypując ulice atmosferą, którą ja, w połączeniu z wszechobecnym upałem w żaden sposób nie mogłam odebrać jako świąteczną.
Przywykłam również by dekorować swój dom prze świętami. No a choinka to przecież podstawa. W zeszłym roku spędziłam blisko dwa miesiące przygotowując, wycinając, rysując odmierzając, szkicując i doklejając kawałki papieru. W efekcie, kiedy rozwiesiłam z braciszkiem to co zrobiłam, w efekcie partr domu zmienił się w wioskę świętego mikołaja z filmu 'The nightmare before Christmas'. Były domki, sarny, pingwiny, pierniczki, latarnie, lampki i wielki napis 'Christmas town' :D

A tymczasem tutaj nic. Nie było nawet choinki. Prawie się nie rozpłakałam jak wróciłam, chociaż to akurat nie miało nic związanego z brakiem świątecznych ozdób. Po prostu okazało się, że podczas mojej nieobecności zostawiłam trochę jedzenia- trochę ciasteczek w głównej szufladzie. Więc jak wróciłam zastał mnie niemiły widok tysięcy mrówek zasypujących (niegdyś białą) podłogę mojego pokoju. Ale naprawdę, było CZARNO od mrówek. Ktoś posprejował środek owadobójczy więc zdechłe. Paczka z Polski właśnie dotarła do domu, ale musiałam spędzić pierwsze trzy godziny sprzątając centymetr po centymetrze pokój: wszystkie dywany, szuflady, pościele, zasłony, ściany itd. Naprawdę, w życiu nie robiłam takich porządków
Byłam tak zdemotywowana brakiem choinki, że sama sobie narysowałam choinkę-od-siedmiu-boleści i powiesiłam w świeżo odmorówczonym pokoju, wraz z trzema prezentami które dostałam z Polski

W sumie najgorzej było dzień przed wigilią, kiedy to rozmawiałam z rodziną i znajomymi na skypie i słuchałam ich sprawozdań z wigilijnych przygotowań i zakupów i z kolei ja im opowiadałam o ich kompletnym braku. Właściwie to spędziłam większość dnia sama w domu, bo siostry gdzieś sobie poszły, a Roberto również ani śladu. Stwierdziłam więc, że to że oni najwyraźniej postanowili olać zarówno mnie jak i święta, nie znaczy że muszę zrobić to samo. Poszłam z koleżankami na świąteczne zakupy. Wieczorem zrobiłyśmy pierniczki a następnego ranka, w wigilie je udekorowałyśmy 
Dekorowanie prezentów i pierniczków to jedne z moich ulubionych świątecznych zajęć :)
Następnego dnia (wigilia) moje samopoczucie było już nieco lepsze, zdołałam przekonać siebie, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, bo spędzam święta w upale, ze znajomymi jedząc świeżo zebrane figi w ogrodzie koleżanki. Poza tym rozpakowałam prezenty z Polski (Bardzo dziękuję!!!) i dostałam świetną książkę o jeździe konnej w tradycyjnym stylu Gaucho :D Od host mamy dostałam śliczne białe rolki figurowe :)  Jakby tego było mało spędzałam święta otoczona kociakami i szczeniaczkami: Koleżanki (Zaai) kotka się ostatnio okociła więc gdy poszłyśmy dekorować pierniczki miałam dodatkową atrakcję tygodniowego kociaka o imieniu Rudolfo. Z kolei labradorka siostry Pili, również się oszczeniła, wydając na świat 10 najcudowniejszych i najsłodszych szczeniaczków jakie w życiu widziałam (poza moim Frodem oczywiście ;) )


Tygodniowy kociak...

...i dziesięcio-dniowe szczeniaki




Moje nowe rolki :D


Powinnam napisać coś nowego w miarę szybko, bo brakuje: sylwester i entre rios wielki powrót część 1 oraz entre rios wielki powrót część 2. Oraz tornado, które ma chyba już jakieś 3 miesiące opóźnienia. Wszystko to powinnam zdobić do 15 lutego, bo jak nie to chyba już nigdy nie dogonię własnego życia. 15 wyruszam z rotary na POŁNOC!!! na prawie trzy tygodnie :D Będzie co opisywać.




To ja po krótkich przemyśleniach stwierdziłam, że dopiszę tę część o tym nieszczęsnym tornadzie tutaj, poniżej:

No wię tak, straaaaaasznie dawno temu, jak jeszcze miałam szkołę- a właściwie to było dzień po powrocie z Rio Negro więc nie byłam w szkolę- siedziałam sobie sama w domu, gdy dosłownie pogoda zmieniła się w przeciągu pół minuty, było ładne błękitne niebo a tu trach, i leje jak z cebra, przez okno właściwie nic nie widać-tylko latające krzesła ogrodowe. Po 10 minutach rozłączyło prąd i ciepłą wodę. A po 15 minutach zorientowałam się, że zostawiłam okno otwarte na oścież. Pobiegłam je zamknąć. Nie miałam pojęcia, że to tornado i była samiutka w domu bez prądu, więc śmiesznie ogólnie.
Dodatkowy bonus: z powodu bałaganu związanym z tornadem następnego dnia nie ma szkoły. powinnam wspomnieć, że wcześniej miałam przedłużony dłuższy weekend prze Rio negro, we wtorek po powrocie  byłam 'zmęczona podróżą' w środę nie ma szkoły, bo tornado, a w piątek zakończenie roku szkolnego. :D 
Latające krzesło

dzień później jako że nie było szkoły przeszłam się po parku zobaczyć szkody. Znowu pojawiło się słońce


sobota, 21 stycznia 2012

Necochea!

To dzisiaj, zgodnie z planem przyszło mi opowiedzieć trochę o morzu :)
Nie zapowiadałam tego, bo sama nie wiedziałam, że jedziemy nad morze. Jakoś nikt nie czuł potrzeby powiadomienia mnie, dowiedziałam się dzień wcześniej. Ogólnie, to cały czas zadaje im te same pytania:
Co się dzieje? Co się stało? Co będziemy robić? Gdzie idziemy? Idziemy teraz? Kiedy? Już?
No ale trudno, bywa.

















Mieszkalismy (Jorje, H-mama, Milagros i ja) w apartamencie jakiegos krewnego, niecale dwie ulice od morza i jakoze Mili zapowiedziala, ze chce sie opalic jak najbardziej jak sie da, to poranki (tzn. od jedenastej do drugiej) spedzalysmy na plazy, jeszcze pustej, bo poza sezonem. W porownaniu z rzeka w Entre Rios, woda byla lodowata, a plaza bez szansy na jakiekolwiek zrodlo cienia. O sloncu, to chyba nie musze wyjasniac ze bylo niesamowicie prazace.  Nie jestam zbytnia wielbicielka opalania, wiec wiekszosc czasu na plazy spedzalam czytajac ksiazke. Jedyna ksiazke po angielsku, jaka udalo mi sie znalesc w Necochei. Nie zebym narzekala, widoki byly naprawde piekne.


Dwa razy z siostra poszlysmy do kina wieczorem, jak juz nam sie znudzilo chodzenie po centrum (bo znowu nie jest to centrum takie wielkie), na año nuevo i amanecer, jakby to kogos obchodzilo, a i jeszcze jedna rzecz, za ktora kocham argentyne, maja slodki popcorn- tak jak w Angli, a ktory ja osobiscie uwielbiam. To byl moj drugi raz na 'Zmierzchu', i znowu, nie jestem taka wielka fanka, ale nie narzekam, bo tym razem bylo po angielsku z napisami nie z dubbingiem, wiec sobie pouzupelnialam niezrozumiale elementy :) W calym miescie bylo czuc nadchodzace swieta, chociaz inaczej niz w Polsce. Zamiast sniegu byl upal, zamiast choinek, udekorowane palmy, zamiast koled 'Los Wachiturros'* Dosc duza roznica. Ja od pazdziernika (bo wtedy tez pojawily sie dekoracje swiateczne) prychalam i zasmiewalam sie jak tylko przechodzilam kolo dekoracji swiatecznych, bo wydawalo mi sie to wszystko takie surrealistyczne i nieswiateczne: plastikowe choiknki i cala ta atmosfera wakacji.
 *Zrobie kiedys post o muzyce, bo to dosc ciekawy temat

Palma ze swiatecznymi lampkami

No, ale wracajac do Necochei, jednego upalnego dnia pojechalismy do mini-zoo, nie wiem dlaczego, ale pojechalismy. Dla mnie najwieksza atrakcja okazala sie byc duza plastikowa nadmuchywana kula plywajaca sobie na wodzie. Oczywiscie nie moglam sie powstrzymac i zaraz zaciagnelam siostre, bysmy sprobowaly (zreszta nie bylo to wcale takie drogie). Wcael tez nie jest to takie latwe jak sie wydaje, nie dosc, ze nie ma czego sie przytrzymac, to czlowiek strasznie sie szybko meczy, i po 10 minutach zaczyna brakowac w kuli tlenu. W kazdym badz razie troche zabawy bylo :D











Oprocz tego innego popoludnia pojechalismy na port szukac sloni morskich, znalezlismy je po jakims czasie, ale zaczelo padac. Ja wytrwale robilam zdjecia, w efekcie calkowicie przemoklam. Ale zdjecie jest :)




Ostatniego wieczoru poszlismy na spacer do miejsca, ktore do zludzenia przypominalo mi ... mazury. Nie bylo moze jezior, ale podobne drewniane domki, spokojny las i atmosfera. Podczas spaceru natknelismy sie na grupke Gauchow (Pamietacie?, argentynscy cowboye) i namowilismy ich by zoorganizowali dla nas cabalgate (wyjazd w teren na koniu). Bylo bardzo malowniczo, bo akurat zmierzchalo i pojechalismy na plaze, na teren. Szkoda tylko, ze sie okazalo ze moja siostra, wbrew temu co mowila, wcale nie umiala jezdzic konno. Co wiecej bala sie koni.


Mazury w argentynie


Poniewaz nie chce konczyc na notce, ze moja siostra nie umie konno jezdzic, a jednak chce juz skoncyc (ide z dziewczynami do centrun) powiem, ze postaram sie napisac cos nowego w miare szybko, teraz jak juz mam internet. Starac sie  zawsze mozna. A tymczasem ide korzystac z zycia :D

czwartek, 29 grudnia 2011

Entre Rios, Calor Calor Calor!!!


Strasznie dlugo mnie nie bylo, tak tak wiem. Przyczyna jest dosc prosta: brak internetu i sily wlasnej

Poniewaz mam jakies 3-4 zalegle posty do napisanie, postanowilam zrobic to tak:
Dzisiaj napisze troche o wycieczce na polnoc,
Mañana (nie mylic z jutrem!) napisze o wyjezdzie nad morze
Potem, kiedy czas pozwoli opisze Boze narodzenie
Kiedys w dalszej przyszlosci napisze o tornadzie o ktorym wspomnialam, ze  zaatakowal moje miasteczko (to bylo przed wyjazdem, caly szmat czasu temu)
A po tem bede sie lenic, az znowu sie zdarzy cos ciekawego :) niedoczekanie

Szostego grudnia, po lekkim problemie z paszportem wsiadlam z siostra Ana do autobusu do La Platy celem dojechania do Entre Rios gdzie mieszka druga polowa mojej host rodziny (mama i siostra). Problemik z paszportem byl taki, ze go nie mialam, bo rotary w celu ´popilnowania' zabral mi oba (brytyjski i polski) W zwiazku z czym pojechalysmy na dworzec autobusowy i ... wrocilysmy. Okazalo sie ze do kupienia biletu niezbedny jest dokument, co z kolei poskutkowalo w przegapieniu autokaru i licznych telefonach do rotary, ktozy w swojej gorliwej opiekunczosci wspomniane paszporty zgubili.
Po znalezieniu i odebraniu wersji brytyjskie, cztery godziny pozniej udalo nam sie wreszcie zlapac autobus nocny i dotrzec do La Platy cos kolo szostej rano
Przez kolejne trzy dni tam spedzone doszczetnie zdarlam sobie nogi poznawajac la plate z perspektywy studenckiej: na pieszo. Poznalam miasto, powiedzmy, bardziej niz bym sobie tego zyczyla przemierzajac od godziny pierwszej po poludniu do dziewiatej wieczorem dlugie kilometry chodnikow. Dobra strona tego bylo, ze zobaczylam rzeczy, ktorych wczesniejszym razem nie mialam czasu zauwarzyc, np. to, ze La plata to jedno z nielicznych pozostalych mias ktore uzywa koni do pracy. I to w cale nie dla turyzmu. Otoz wieczorem zprzega sie konie by za pomoca nich wywozic liczne smiecie z miasta
wieczorem zprzega sie konie by za pomoca nich wywozic liczne smiecie z miasta. Moze to nie zabrzmiec zbyt (BRAKUJE SLOWA) ale argentynczycy okropnie kochaja swoje konie, sa one powoden do dumy, a jednoczesnie nawet te pracujace nie maja specjalnych powodow do narzekan, sa zadbane, podkute w cale sie ich nie przepracowywuje, gdyz najczesciej kon nalezy do samego dorozkaza (smieciarza?) wiec przepracowywuje tylko tyle, ile sam wlasciciel. Mozna by powiedziec ze mniej, gdy wlasciciel ma ponad jednego konia. 
W tym samym czasie utrzymanie koni jest o wiele prostrze niz w europie. Nie trzeba miec hekterow ogrodow, lub wykupiony boks w stajni, wystaczy... mieszkac blisko parku. Lub jakiejkolwiek wiekszej populacji trawy. Mozna by powiedziec, ze mottem Argentynczykow jest 'nie ma problemu' 

W tym samym czasie utrzymanie koni jest o wiele prostrze niz w europie. Nie trzeba miec hekterow ogrodow, lub wykupiony boks w stajni, wystaczy... mieszkac blisko parku. Lub jakiejkolwiek wiekszej populacji trawy. Mozna by powiedziec, ze mottem Argentynczykow jest 'nie ma problemu' , co nie tylko nieslychanie umila i upraszcza zycie ale takze powoduje, ze na przyklad nikt nie protestuje, gdy w parku, miejscu publicznym swobodnie pasa sie zwierzeta. Od koni i kucykow poczynajac a na owcach i psach konczac. Jak dla mnie jest to nadal troche surrealistyczne, przechadzanie sie w parku w towarzystwie calej ferajny, ale dla nich to naturale. Ciekawe co by powiedzieli Polacy, gdyby np. w ogrodach saskich, lub w lazienkach towazystwo nagle zaczelo wypuszczac swoje bydlo. Dla boga, przeciez w Polsce nawet psow ze smyczy nie wolna sposzczac, a lazienkach ludziom po trawie chodzic nie wolno!
No ale odeszlam od tematu
w takim tempie nigdy nie skoncze pisac

Po trzech dniach wsiadlysmy (ja Ana i Maria ktora dolaczyla w la placie) do autobusu do Buenos Aires. Tak, do Buenos, bo autobus do Entre Rios przegapilysmy (patrz post w ktorym opisoje luzne poczucie czasu Argentynczykow. Ja bylam gotowa na czas, como siempre) 

Pare odkrytych zakatkow La Platy





No i tak, po przesiadce w Buenos dojechalysmy do Concepcion Del Urugwaj, mista gdzie zyje druga polowa mojej rodziny.

Wlasnie, powinnam opisac drzewo genealogiczne rodzinki, bo to troche  skomplikowane. Otoz

Nie mam zielonego pojecia jak sie do tego zabrac.

Ale,

Oto, moi oficjalni host rodzice:
               Mirta                 Roberto

Mirta+Roberto
Maja dzieci
\Maria(20) Ana(18) Paula(17, w Belgi)\
I tu sie komplikuje, b osa rozwiedzieni i Mirta zyje z Jorje, a Roberto sam, ale wczesniej zyl z Edurne.
Tylko ze Jorje i Edurne rownierz maja dzieci z poprzedniego malzenstwa wiec:

Mirta+Jorje maja Milagros(15)
Jorje + ktos maja dwoch innych synow (30, 28)
Roberto +Edurne maja Pilar (11) a
Edurne + ktos maja Balbino(22) i Milargos (20?)
I chyba na tym sie konczy

W Concepcion D. U. mieszka Mirta, Jorje i Milagros

Teraz cos o miescie, graniczy rzeka z Urugwajem i wlasciwie slowa ktore by najlepiej opisaly sytuacje to: Upaly, plaza, komary, upaly, slonce, palmy, upaly.
W zwiazku z tymi cechami miasteczka wiekszosc czasu spedzilismy nad rzeka, na plazowaniu i kapaniu sie w wodzie cieplej jak zupa. Oprocz tego, sporo czasu spedzilam poznajac licznych krewnych zyjacych w okolic. Troche trudno mi to wszystko opisac szczegolowo dzien po dniu, bo wszystko mi sie zlalo w jedna calosc, tymbardziej, ze wlasciwie nie takiego nie dobilismy- siedzielismy na plazy wiekszosc czasu.





Z tych bardziej aktywnych dni, to pojechalismy raz dwie godziny drogi do parku narodowego slynacego z niezliczonej liczby palm. Widoki byly zeczywiscie zachwycajace, ale niestety nie moglam sie nimi rozkoszowac, bo akurat tego dnia niesamowicie mocne slonce odbilo sie troche na moim zdrowiu i spedzilam caly dzien kwiczac i jeczac z powodu bolu wszystkiego. Od glowy zaczynajac, a konczac na brzuchu, kregoslupie i wszystkich stawach. Na szczescie przeszlo mi dzien pozniej. Slonce i wysokie temperatury dopadly mnie nie zwarzywszy, ze zawsze siedzialam w cieniu, pod gruba warstwa kremu do opalania.
Park narodowy El Palmar



Jak juz doszlam do siebie, spedzalam czas lazac po miescie, porcie,i okolicy. Z ciekawszych wydarzen, to pewnego dnia pojechalismy do Urugwaju. Uwaga uwaga: na... troche ponad minute. Przekroczylismy most, stanelismy i wrocilismy. To byla moja najktotsza w zyciu wycieczka do innego kraju, a zrobilismy to bardziej dla zartu niz w celu turystycznym(nie moglismy zostac dluzej bez paszportow) i by zobaczyc jak wyglada rzeka z drugiej strony (tak samo).

Tego samego dnia zobaczylismy Colon, kolejne z licznych tutaj malych miastaczek utrzymujacych sie z letnich turystow z calej Argentyny, ktorzy co roku przyjezdzaja na krotki pobyt nad rzeka. W tym miejscy po raz kolejny argentyna skojarzyla mi sie troch z grecja. Moze to te wszechobecne palmy, albo climat, plaze, ciasne ulice zapchane straganami z pamiatkami,lodki w porcie, ale cos w atmosferze Colon przypadlo mi do gustu. Mimo to, w tak tlocznym miejscu zrezygnowalam z robienia zdjec.

Tutaj wstawiam czesc maila ktorego wyslalam dziadkowi, i w ktorym opisuje wrazenia jakie na mnie zrobili mieszkajacy tu ludzie:

'Moja rodzina mieszka w starym domuku w miescie Conception del urugwaj. Nikt tu nie est szczegolnie bogaty, wszyscy zyja skromnie (np. utrzymuja sie z prowadzenia wlasnego kiosku czy dostarczaniu uslug fryzjerskich) , ale mimo kiepskiej sytuacji finansowej zyja pelnia zycia i potrafia cieszyc sie z najprostrzych rzeczy wiec sa szczesliwi. Zupelnie inaczej to wyglada niz w europie, gdzie jak tylko troche cos sie pogorszy od razu wszyscy tona w zalu i kwicza. Tutej jezeli ma sie jeszcze pieniadze na Asado (mieso-przysmak w Arg.) to jest dobrze, bo oznacza to, ze mozna zrobic grilla, zaprosic przyjaciol i rodzine i sie dobrze bawic. Oni przywiazuja wieksza wartosc do relacji miedzy ludzmi niz do posiadania rzeczy materialnych, i jest to o wiele zdrowszy stosunek do zycia.'

To prawda, zyja pelnia szczescia i najwiecej radosci sprawia in bycie posrod innych ludzi, przekonalam sie do tego kiedy poszlismy do babci moich siostr na obiad. Mieszkaja (h-wujek, dziadek i babcia) w jednym sredniej wielkosci pokoju, ktory jednoszesnie sluzy za kuchnie, na tylach kiosku, ze ktorego prowadzienia sie utrzymuja. W Polsce bylby to skraj biedy, tutaj, nie jest to problem, przeciez nawet gdyby mieli wilki palac, najszczesliwsi bedza w towazystwie innych, nie mebli. 

Na temat palacow i mebli, to jako ze jestem z Europy moja rodzina stwierdzila, ze na pewno mnie zainteresuje maly palacyk w okolicach i jeden z niewielu w ogole powstalych w Argentynie. Takze 'Bardzo stary' jak na ich standarty, czyli majacy jakies 200 lat. :P Drobna rada: Nie probujcie obcokrajowca pokazywac cos, co moze tutaj jest wyjatkowe, ale tam, u nich jest normalne, lub wieksze, lepsze. To tak, jakby Kanadyjczykow, Argentynczykow zaprowadzic do wodogrzmotow mickiewicza i oczekiwac, ze beda sie zachwycac.
Mnie najbardziej rozsmieszylo sposob w jaki mowili o tym dworku, jakby to byla istna perelka i zabytek kultury i piekna. A tymczasem jakos nie specjalnie zrobilo to na mnie wrazenia, przeciez w Europie, palacykow mamy do groma, starszych i piekniejszych.
Zeby byc sprawiedliwym, musze przyznac, ze ma ono troche historycznej wartosci, jako dawna rezydencja generala Justa Jose de Urquizy. Bochatera narodowego ktory przyczynil sie do obalenia dyktatora de Rosasa

Jeszcze jedna rzecz typowa dla polnocnego wschodu: Wprost nalogowa milosc do Mate. Pisalam juz ze jest to energetyzujacy napoj, bez ktorego zaden Argentynczyk nie ruszy sie do parku. Normalnie (aka, tutaj w Olavarrii) pije sie go 2-3 razy dziennie. W Entre Rios 4-8 razy dziennie. Podczas gotowania, w samochodzie, z przyjaciolmi, podczas ogladania telewizji, na plazy, w parku w miescie, na sniadanie, obiad kolacje, przed dyskoteka i w wolnym czasie miedzy tymi czynnosciami. Wczesniej mowilam, ze pije sie Yerbe (to z czego sie robi mate) na cieplo z lub bez cukru. W takich upalach jednak jak te ktore tu zastalam, istnieje tez inny sposob picia Yerby: Na zimno. Czyli yerba z sokiem owocowym, lodem mieto i cytryna, ta wariacja nosi nazwe Tereré. Jak dla mnie, nie ma roznicy, jest tak samo ochydne jak zwykle. Marnotractwo soku. 

No i na takiej notce zakoncze ten dlugasny wpis na razie.

A, jutro wracam do Entre Rios, jakkolwiek niechetnie (mialam plany na sylwestra tutaj) to jednak problemy z wiza zmuszaja mnie do przekroczenia granicy, a jednak Urugwaj jest najblizej. Nie wiem wiec kiedy bede mogla znowu napisac, lecz postaram sie jaknajszybciej. Bardzo bym chciala pisac czesciej, ale po prostu nie mam do tego warunkow.
Wstawiam wiec wiecej zdjec z wyjazdu, byscie mogli sobie powyobrazac ze tez tu jestescie i umieracie nie z zimna, lecz z goraca. :)






O, to, moje drogie dzieci, jest Urugwaj









Juz niedlugo (mam nadzieje) Przygody Savy nad morzem